School. The year 2000. Classes started at 8:00 AM, and we did our best not to be late—it was vital to be marked present during the first two periods. These were always the most difficult subjects on the schedule, but for us, the point was something else entirely: the number of free lunch portions was calculated strictly based on the attendance list from those first two hours. For many of us, that meal was the main reason we showed up to school at all.
After the cafeteria, the classrooms would empty by a third. The menu was simple: tea or compote, a thick slice of bread with a cube of butter, and a sausage or a meat patty. God, how we loved those patties! Sometimes we’d use a trick: we’d grab the patties from the communal plate with our bare hands right in front of the girls. They’d get disgusted and refuse their portions, so we’d end up with two or even three patties each.
Immediately after the "feast," we’d ditch school. We headed for the city market while it was still crowded. We stole. We snatched potatoes, tomatoes, cucumbers—bit by bit, stuffing our pockets. If we were lucky, we’d manage to swipe a piece of salt-cured fatback (salo). We usually bought the bread with money "shaken down" from the wealthy younger kids.
With our haul, we’d dash into the forest. We had our secret spots where we’d burn fires until evening, mimicking the hours of the school day. Bread toasted over an open flame felt divine, and if we had fatback, it was a true royal banquet. We’d crack jokes, play cards, and wait for the potatoes to finish roasting in the embers.
It was a strange, prickly, hungry, but somehow happy life. Those times won't come back, and perhaps that’s for the best. But for some reason, it’s that fire in the cold forest that I remember with the most warmth.
Школа. 2000-й год. Занятия начинались в восемь утра, и мы старались не опаздывать — важно было, чтобы тебя отметили на первых двух уроках. В расписании это всегда были самые сложные предметы, но для нас смысл был в другом: количество порций бесплатного обеда рассчитывалось строго по списку пришедших. Для многих из нас этот обед был главной причиной вообще приходить в школу.
После столовой классы пустели на треть. Меню было простым: чай или компот, ломоть хлеба с кубиком масла и сосиска или котлета. Как же мы обожали эти котлеты! Иногда мы шли на хитрость: на глазах у девчонок хватали котлеты из общей тарелки руками. Девчонки брезговали, отказывались от своей порции, и в итоге нам доставалось по две, а то и по три штуки на брата.
Сразу после «пира» мы сбегали. Путь лежал на городской рынок, пока там было людно. Мы воровали. Тащили картошку, помидоры, огурцы — по чуть-чуть, по карманам. Если везло, удавалось умыкнуть кусок сала. Хлеб обычно покупали на деньги, «отжатые» у богатеньких младшеклассников.
С этой добычей мы мчались в лес. У нас были свои тайные места, где мы жгли костры до самого вечера, имитируя время школьных занятий. Жареный на огне хлеб казался божественным, а если было сало — это был настоящий царский пир. Мы травили анекдоты, резались в карты и ждали, пока в углях дойдет картошка.
Это была странная, колючая, голодная, но по-своему счастливая жизнь. Те времена уже не вернуть, и, наверное, к лучшему. Но почему-то именно о том костре в холодном лесу вспоминается с самым большим теплом.
Szkoła. Rok 2000. Lekcje zaczynały się o ósmej rano i staraliśmy się nie spóźniać — ważne było, żeby odhaczyli cię na pierwszych dwóch lekcjach. W planie były to zawsze najtrudniejsze przedmioty, ale dla nas sens był inny: liczba porcji darmowego obiadu była wyliczana ściśle według listy obecności z tych pierwszych godzin. Dla wielu z nas ten posiłek był głównym powodem, dla którego w ogóle przychodziliśmy do szkoły.
Po wizycie w stołówce klasy pustoszały o jedną trzecią. Menu było proste: herbata lub kompot, pajda chleba z kostką masła i parówka albo kotlet. Jakże my uwielbialiśmy te kotlety! Czasami uciekaliśmy się do podstępu: na oczach dziewczyn łapaliśmy kotlety z głównego talerza gołymi rękami. One brzydziły się brać swoje porcje po czymś takim, więc ostatecznie dostawało nam się po dwa, a nawet trzy sztuki na głowę.
Zaraz po „uczcie” uciekaliśmy ze szkoły. Ruszaliśmy na miejskie targowisko, póki było tam jeszcze tłoczno. Kradliśmy. Wynosiliśmy ziemniaki, pomidory, ogórki — po trochu, po kieszeniach. Jeśli dopisało szczęście, udawało się zwinąć kawałek słoniny. Chleb zazwyczaj kupowaliśmy za pieniądze „wyciśnięte” od bogatych dzieciaków z młodszych klas.
Z tym łupem pędziliśmy do lasu. Mieliśmy swoje tajne miejsca, gdzie paliliśmy ogniska do samego wieczora, udając, że wciąż jesteśmy na lekcjach. Chleb pieczony na ogniu wydawał się boski, a jeśli była słonina — to była prawdziwa królewska uczta. Opowiadaliśmy dowcipy, graliśmy w karty i czekaliśmy, aż w węglach dojdą ziemniaki.
To było dziwne, szorstkie, głodne, ale na swój sposób szczęśliwe życie. Tamte czasy już nie wrócą i pewnie tak jest lepiej. Ale z jakiegoś powodu to właśnie to ognisko w zimnym lesie wspomina się z największym ciepłem.