Autumn in Karlovy Vary was piercing that year. Evening found us on our way back to the rented apartment. Our house, squeezed into a tight row of similarly narrow facades, stood on a street with an incredible incline. In some places, it felt as though the angle exceeded 30 degrees. We walked, breathless with exhaustion, frequently sitting down on strangers' stone steps just to catch our breath.
The apartment occupied the entire third floor and a cozy attic. While the family rested after storming the "summit," I went to the bathroom to freshen up. A small but practical space: a mirror, a bright lamp, and a window opening directly onto the tiled roof, beyond which the lights of the falling asleep city shimmered below.
I opened the window, applied shaving gel, and paused in my thoughts. At that moment, an uninvited guest flew toward the light — a large green forest bug. Blinded by the lamp, it mistook the reflection for reality and slammed into the mirror. Ricochet — and the beetle fell into the washbasin, where a small lake with a miniature whirlpool in the center had already formed from the running tap.
"Foolish thing," I thought, watching as the poor creature desperately paddled toward the "left bank."
The bug acted with confidence. It scrambled onto dry land and began to climb the snow-white porcelain. It looked painfully familiar: it was storming the steep curve of the sink exactly as we had stormed our street ten minutes prior. But at the very top, with only a millimeter left to reach the saving plateau, its leg slipped. Inertia carried the bug back into the water, landing it right in the center of the vortex.
I decided: "I’ll finish shaving and save him if he can’t make it."
The second time, the bug paddled slower. It was clear that its strength was failing. A second's hesitation was enough for the current to relentlessly pull it back. And suddenly, when the end seemed certain, an incredible will to live awoke within it. It shifted into "fifth gear": wings spread, legs churning at a frantic pace. It was a captivating sight — 20 seconds of total struggle at the very limit of its capabilities.
It almost touched the shore... and froze.
I turned off the water. I picked it up with my finger, moved it to the dry "plateau," and dabbed it with a tissue. The bug didn’t move. I gently pressed its abdomen with my pinky — no reaction. In a slight state of shock, I finished shaving and turned off the light, hoping that by morning it would recover and fly away.
But morning changed nothing. The bug lay in the same awkward pose on the edge of the sink. The tiny athlete's heart simply couldn't withstand that final sprint.
What a foolish, yet desperately brave death. We climb our mountains so stubbornly, spending all our strength on the final push, and sometimes the price of the ascent turns out to be higher than life itself.
Осень в Карловых Варах в тот год была пронзительной. Вечер застал нас на обратном пути в арендованную квартиру. Наш дом, зажатый в тесном ряду таких же узких фасадов, стоял на улице с невероятным уклоном. Местами казалось, что угол превышает все допустимые 30 градусов. Мы шли, задыхаясь от усталости, и то и дело присаживались на чужие каменные ступени, чтобы просто перевести дух.
Квартира занимала весь третий этаж и уютную мансарду. Пока остальные отдыхали после штурма «вершины», я ушел в ванную — привести себя в порядок. Маленькое, но практичное пространство: зеркало, яркий светильник и окно, выходящее прямо на черепичную крышу, за которой внизу мерцали огни засыпающего города.
Я открыл окно, нанес гель для бритья и замер в своих мыслях. В этот момент на свет влетел незваный гость — крупный зеленый лесной клоп. Ослепленный лампой, он перепутал реальность с отражением и с размаху врезался в зеркало. Рикошет — и жук падает в умывальник, где из открытого крана уже наполнилось небольшое озеро с миниатюрным водоворотом в центре.
«Вот глупый», — подумал я, наблюдая, как бедолага отчаянно гребет к «левому берегу».
Жук действовал уверенно. Он выбрался на сушу и начал карабкаться по белоснежному фаянсу вверх. Это выглядело до боли знакомо: он штурмовал этот крутой изгиб раковины точно так же, как мы — свою улицу десять минут назад. Но на самом верху, когда до спасительного плато оставался миллиметр, лапка соскользнула. По инерции жук скатился обратно в воду, угодив в самый центр воронки.
Я решил: «Добреюсь и спасу, если сам не справится».
Во второй раз жук греб медленнее. Было видно, что силы на исходе. Стоило ему замешкаться на секунду — и течение неумолимо отбрасывало его назад. И вдруг, когда финал казался предрешенным, в нем проснулась невероятная воля к жизни. Он включил «пятую передачу»: раскрыл крылья, заработал лапками с бешеной скоростью. Это было завораживающее зрелище — 20 секунд тотальной борьбы на пределе возможностей.
Он почти коснулся берега... и замер.
Я выключил воду. Подцепил его пальцем, вытащил на сухое «плато», промок салфеткой. Клоп не двигался. Я осторожно нажал мизинцем на брюшко — никакой реакции. В легком шоке я закончил бритье и выключил свет, надеясь, что за ночь он придет в себя и улетит.
Но утро ничего не изменило. Жук лежал в той же нелепой позе на краю раковины. Сердце маленького атлета просто не выдержало финишного рывка.
Какая глупая, но отчаянно смелая смерть. Мы так упорно карабкаемся в свои горы, тратим все силы на последний рывок, и иногда цена этого подъема оказывается выше, чем сама жизнь.
Jesień w Karlowych Warach była tego roku przejmująca. Wieczór zastał nas w drodze powrotnej do wynajętego mieszkania. Nasz dom, ściśnięty w wąskim rzędzie podobnych fasad, stał przy ulicy o niewiarygodnym nachyleniu. Miejscami wydawało się, że kąt przewyższa wszelkie dopuszczalne 30 stopni. Szliśmy, dysząc ze zmęczenia i co chwilę przysiadaliśmy na cudzych kamiennych schodach, żeby po prostu złapać oddech.
Mieszkanie zajmowało całe trzecie piętro i przytulne poddasze. Podczas gdy rodzina odpoczywała po szturmie na „szczyt”, ja poszedłem do łazienki — doprowadzić się do porządku. Mała, ale praktyczna przestrzeń: lustro, jasna lampa i okno wychodzące prosto na dach kryty dachówką, za którym w dole migotały światła zasypiającego miasta.
Otworzyłem okno, nałożyłem żel do golenia i zastygałem w myślach. W tym momencie do światła wleciał nieproszony gość — duży, zielony pluskwiak leśny. Oślepiony lampą, pomylił rzeczywistość z odbiciem i z impetem uderzył w lustro. Rykoszet — i owad wpada do umywalki, gdzie z odkręconego kranu zdążyło się już utworzyć małe jezioro z miniaturowym wirem na środku.
„Głuptas” — pomyślałem, obserwując, jak biedak desperacko wiosłuje w stronę „lewego brzegu”.
Chrząszcz działał pewnie. Wydostał się na ląd i zaczął wspinać się po śnieżnobiałym fajansie w górę. Wyglądało to boleśnie znajomo: szturmował to strome zakole umywalki dokładnie tak samo, jak my naszą ulicę dziesięć minut wcześniej. Ale na samym szczycie, gdy do zbawiennego płaskowyżu brakowało milimetra, łapka się ześlizgnęła. Siłą rozpędu owad stoczył się z powrotem do wody, trafiając w sam środek wiru.
Postanowiłem: „Dogołę się i uratuję go, jeśli sam nie da rady”.
Za drugim razem owad wiosłował wolniej. Było widać, że siły są na wyczerpaniu. Wystarczyło, że zawahał się na sekundę — a prąd nieubłaganie odrzucał go do tyłu. I nagle, gdy finał wydawał się przesądzony, obudziła się w nim niesamowita wola życia. Wrzucił „piąty bieg”: rozłożył skrzydła, zaczął przebierać łapkami z szaloną prędkością. To było fascynujące widowisko — 20 sekund totalnej walki u kresu możliwości.
Prawie dotknął brzegu... i zamarł.
Zakręciłem wodę. Podważyłem go palcem, wyciągnąłem na suche „płaskowyże”, osuszyłem serwetką. Pluskwiak się nie ruszał. Ostrożnie nacisnąłem małym palcem na odwłok — żadnej reakcji. W lekkim szoku skończyłem golenie i zgasiłem światło, mając nadzieję, że przez noc dojdzie do siebie i odleci.
Ale poranek nic nie zmienił. Owad leżał w tej samej niedorzecznej pozie na krawędzi umywalki. Serce małego atlety po prostu nie wytrzymało finałowego zrywu.
Jaka głupia, a jednocześnie desperacko odważna śmierć. Tak uparcie wspinamy się na swoje góry, tracimy wszystkie siły na ostatni zryw, a czasem cena tego wejścia okazuje się wyższa niż samo życie.