Early childhood. 1990, I am only four or five years old. Every morning, my father walks me to kindergarten—a normal routine, just like for many other parents. Nothing unusual or special.
Since I was little, I loved those tough, Soviet metal construction sets. You could build anything your imagination allowed out of them. It was a sort of Soviet LEGO, but adapted to Soviet realities. My father also frequently tinkered and fixed things, and the screws and bolts from my sets often came in handy for his work. I never paid much attention to the shrinking inventory, though, because new sets were a frequent gift, even if the total number of parts across all the sets never really seemed to increase, for obvious reasons.
I loved coming to kindergarten with toys I had built with my own hands. Perhaps it was unconscious showing off, a way to attract attention, or maybe it just made me feel more comfortable—I can't answer that today. But that's beside the point.
One day, I was given a book. It was fascinating, filled with huge, borderless photographs and illustrations. It was a star atlas, containing everything about the solar system and its planets, star clusters, and constellations. It wasn’t a dense scientific atlas, but rather a children’s one, meant to help me learn to read. I devoured this new knowledge with eager interest, and then I would bring the atlas to kindergarten and start telling everyone all about it. The children would gather around with interest, listening and examining the pages. This went on for days, and it didn't end in kindergarten; in the evenings, playing outside, I would easily point out the stars in the real sky to the other kids.
It is hard to even imagine today that four or five-year-old children played outside in the evening on their own, without parental supervision. It was a different world, one that is likely lost forever.
But fame always has a price, a lesson I learned back in that very kindergarten. Not all the children were happy with my excessive popularity, my surplus of knowledge and skills. It was likely envy, anger, or jealousy.
I remember that day well, and it was my last day at that kindergarten. It was a warm day, and we had all gone out for a walk in the yard. We were playing, running around, everyone finding something to do. I was walking along a path in the playground, watching the cars drive by, when a hand was placed on my right shoulder and spun me around.
I saw another boy from my group, but in his free hand, he held half a brick—one of those red bricks they used to frame flowerbeds, burying them on an angle to create a nice little jagged fence of brick pyramids. His arm was already pulled back, and a second later—the strike. Everything went dark. The blow was aimed directly at my temple.
Blood, stitches, a massive scandal. The scar remains as a permanent reminder of that incident. But it was right then, in those days of unity and interest in the stars, that the "Earth Clan" was born—founded by a little boy dreaming of the stars, without yet understanding the cruelty and injustice of the existing world.
Самое раннее детство. 1990 год, мне всего четыре или пять. Каждое утро отец отводит меня в детский сад — обычная рутина, знакомая миллионам.
Моей главной страстью тогда были суровые советские металлические конструкторы с их бесконечными перфорированными планками, болтиками и гайками. Этакий советский ответ LEGO, идеально вписывающийся в наши реалии. Отец, к слову, тоже любил мастерить, и детали из моих наборов то и дело перекочевывали в его взрослые проекты. Новых конструкторов мне дарили много, поэтому мистическая убыль деталей меня совершенно не расстраивала.
В садик я любил приходить со своими собственными, собранными вручную игрушками. Было ли это неосознанным хвастовством, способом привлечь внимание или просто попыткой окружить себя комфортом — сегодня уже не ответишь. Но по-настоящему всё изменилось в другой день.
Мне подарили звездный атлас. Это была не сухая научная энциклопедия, а невероятная детская книга с огромными, завораживающими иллюстрациями планет, созвездий и галактик. Я поглощал эти знания с жадностью первооткрывателя, а потом приносил атлас в садик и часами пересказывал всё группе. Вокруг меня собирались дети, мы вместе рассматривали картинки, а по вечерам, играя на улице, я показывал им эти звезды уже на настоящем небе.
Сегодня сложно даже представить, что пятилетние дети могли сами, без присмотра, гулять по вечерам во дворе, вглядываясь в космос. Это был совершенно иной мир, который мы утратили безвозвратно.
Но именно в том детском саду я усвоил свой первый жестокий урок: у любой славы есть цена. Моя популярность и эти восторженные рассказы о созвездиях радовали далеко не всех. Детская зависть и ревность бывают безжалостными.
Тот теплый день я запомнил навсегда. Он стал моим последним днем в детском саду.
Мы гуляли во дворе. Я шел по дорожке мимо игровой площадки, заглядевшись на автомобили, проезжающие за забором. Внезапно чужая рука тяжело легла мне на правое плечо и резко развернула. Передо мной стоял мальчишка из моей группы. В свободной руке он сжимал половину красного кирпича — одного из тех, что вкапывали уголком в землю, создавая зубчатые заборчики вокруг клумб.
Его рука уже была занесена для броска. Доли секунды. Удар в висок.
Дальше всё потемнело. Кровь, больница, швы, грандиозный скандал. Шрам от того удара остался со мной навсегда, как памятное клеймо.
Но именно тогда, в те дни наивного детского единства и искреннего интереса к космосу, был зарожден «Клан Земли». Маленький мальчик, мечтающий о звездах, впервые так жестоко столкнулся с земным притяжением и человеческой природой, даже не подозревая, насколько несправедливым может быть этот мир.
Wczesne dzieciństwo. Rok 1990, mam zaledwie cztery czy pięć lat. Każdego ranka ojciec odprowadza mnie do przedszkola – to zwykła rutyna, podobnie jak u wielu innych rodziców. Nic niezwykłego ani wyjątkowego.
Od małego uwielbiałem te surowe, radzieckie metalowe zestawy konstrukcyjne, z których można było zbudować wszystko, na co tylko pozwalała wyobraźnia. Taki radziecki odpowiednik LEGO, ale dostosowany do radzieckich realiów. Mój ojciec również często majsterkował i naprawiał różne rzeczy, a śrubki i nakrętki z moich zestawów często przydawały mu się w pracy. Zupełnie nie zwracałem na to uwagi, ponieważ nowe zestawy dostawałem często w prezencie, chociaż z oczywistych powodów ogólna liczba części ze wszystkich podarowanych pudełek w praktyce jakoś się nie zwiększała.
Lubiłem przychodzić do przedszkola z własnoręcznie zrobionymi zabawkami. Być może było to nieświadome przechwalanie się, sposób na zwrócenie na siebie uwagi, a może po prostu czułem się tak bardziej komfortowo – dziś nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Zresztą, nie o to w tym chodzi.
Pewnego dnia dostałem w prezencie książkę, bardzo ciekawą, z mnóstwem pięknych obrazków, a właściwie cała składała się z wielkich, całostronicowych fotografii i ilustracji. To był atlas gwiazd, w którym było wszystko o układzie słonecznym i jego planetach, gromadach gwiazd, znakach zodiaku. Nie był to atlas naukowy, raczej taki dla dzieci, żebym nauczył się czytać. Z zaciekawieniem chłonąłem nową wiedzę, a potem przychodziłem z atlasem do przedszkola i zaczynałem wszystkim o tym opowiadać. Dzieci z zainteresowaniem gromadziły się wokół, słuchały i oglądały atlas. Trwało to wiele dni i nie kończyło się w przedszkolu; wieczorami, bawiąc się na podwórku, z łatwością pokazywałem gwiazdy na prawdziwym niebie innym dzieciom.
Dziś trudno sobie nawet wyobrazić, że cztero- czy pięcioletnie dzieci same bawiły się wieczorem na ulicy, bez nadzoru rodziców. To był inny świat, który prawdopodobnie przepadł bezpowrotnie.
Ale sława zawsze ma swoją cenę, czego nauczyłem się jeszcze w tamtym przedszkolu. Nie wszystkie dzieci cieszyły się z mojej zbytniej popularności, z mojego nadmiaru wiedzy i umiejętności. Prawdopodobnie była to zawiść, złość, zazdrość.
Ten dzień zapamiętałem dobrze i był to mój ostatni dzień w przedszkolu. Był to ciepły dzień, wszyscy wyszliśmy na spacer na przedszkolne podwórko, dokazywaliśmy, bawiliśmy się, każdy znajdował sobie jakieś zajęcie. Szedłem ścieżką przez plac zabaw, patrząc na przejeżdżające samochody, gdy nagle czyjaś dłoń spoczęła na moim prawym ramieniu i mnie odwróciła.
Zobaczyłem innego chłopca z mojej grupy, ale w wolnej ręce trzymał połówkę cegły, jednej z tych, którymi ogradzano klomby, wkopując je pod kątem, by stworzyć ładny, improwizowany płotek z piramidek czerwonej cegły. Jego ręka była już uniesiona do ciosu i sekundę później nastąpiło uderzenie. Wszystko pociemniało. Cios był wymierzony w skroń.
Krew, szwy, skandal. Blizna pozostała jako trwała pamiątka po tym zdarzeniu. Ale to właśnie wtedy, w tamtych dniach, w dniach jedności i zainteresowania gwiazdami, narodził się „klan Ziemi”, zapoczątkowany przez małego chłopca, który marzył o gwiazdach, nie rozumiejąc jeszcze okrucieństwa i niesprawiedliwości otaczającego go świata.